środa, 11 grudnia 2013

Pukpuki Reaktywacja

Przyszedł dzień w którym nasza pukpukowa kuchnia umarła. Był koniec lipca, środek lata a my podjęliśmy decyzję. Czas na radykalne zmiany. Po kilku nieprzespanych nocach, godzinach spędzonych na dyskusjach i analizowaniu naszego funkcjonowania i naszych potrzeb, doszliśmy do wniosku; musimy zrobić remont! Właściwie nie remont a totalną rewolucję w mieszkaniu, całkowitą zmianę wnętrza wiążącą się z wszystkim co może najgorzej kojarzyć się z remontem. Burzenie ścian i stawianie ich od nowa w innym miejscu, przeniesienie kuchni w inne miejsce, czyli kurz, pył, ból i łzy. 
Podjęłam bolesną decyzję. Rezygnuję z mojej dużej kuchni na rzecz aneksu przed, którym wzbraniałam się całe lata. W zamian miałam dostać wymarzoną sypialnię a moje dziewczynki, bardziej przestronny pokój.
Plan był trudny do realizacji niski budżet i jedynie pięć tygodni no i do tego mój Michał miał wszystko robić sam. Znajomi patrzyli na nas jak na wariatów. Kto normalny z dwójką małych dzieci i dwoma psami podjąłby się takiego szaleństwa? 
W ten sposób wylądowałam z dziećmi u mojej mamy na warszawskiej Pradze i przez pięć tygodni mieszkając u mamy tęskniłam za  moim ukochanym małym mieszkaniem, które zostało wybebeszone, rozprute i totalnie zdemolowane aby dostać szansę na drugie, lepsze życie. Praga przywitała nas upałami, dusznymi nocami i hałasem związanym z budową metra. Planowałam , że będę gotować i pisać w maminej kuchni, którą znam przecież bardzo dobrze, bo właśnie w niej czyniłam swoje pierwsze kulinarne dzieła. Niestety nic z tego nie wyszło, upały, tęsknota i przede wszystkim dokazujące dziewczynki zabrały mi wenę i chęci twórcze. Wieczory spędzałam zaś na wybieraniu płytek, dobieraniu kolorów, poszukiwaniu mebli oraz wymienianiu maili z moim zaabsorbowanym remontem mężem. 
W ciągu dnia z Karolcią w  wózku i niejednokrotnie Martynką noszoną "na barana" wracałam do moich ukochanych miejsc na Pradze, która teraz jest kopalnią inspiracji kulinarnych. Co krok, natykałam się na ciekawe knajpki, kafejki, garkuchnie czy bary. Z wielką rozkoszą dla siebie i ku ogromnemu zachwytowi Martynki wróciłam do mojego ulubionego baru mlecznego Rusałka tuż obok Katedry św Floriana. To miejsce gdzie można zjeść cudnie domową zupę ogórkową i naleśniki z serem takie jak potrafiły robić nasze babcie. Mogę to z dumą powiedzieć Praga jest super! Naprawdę przez te pięć tygodni wcale się nie nudziłyśmy często chadzałyśmy do ZOO i na plac zabaw w Parku Praskim. Będąc tam nie da się nie skusić na pyszne lody z automatu sprzedawane z budki koło przystanku na który wszyscy mówią " przy miśkach". 
Przez te pięć tygodni wprawdzie gotowałam i to nawet sporo ale nie miałam zupełnie weny aby o tym pisać. Moje życie wywrócone, na własne zresztą życzenie, do góry nogami  całkowicie skupiało się na dzieciach i tym szalonym remoncie.
Minęło pięć tygodni. Przez dwa ostatnie nie byłam wpuszczana na plac boju więc wracając do domu nie do końca wiedziałam co zastanę. Ale udało się i to w 100%. Mój mąż spisał się na medal. Mamy cudne nowe-stare mieszkanie. Przez kilka tygodni pucowałam ,układałam, upiększałam i czekałam czy moja wena do gotowania obudzi się z uśpienia w starej-nowej kuchni. Nie da się bowiem z dnia na dzień wejść i poczuć swobodnie w nowym pomieszczeniu. W nowej kuchni a właściwie w aneksie na początku czułam się jak gość. Z czasem zaczęłam oswajać to miejsce. Wraz z tym jak wszystkie niepotrzebne graty lądowały na śmietniku a te bez, których nie umiem się obyć znajdowały nowe miejsce w szufladach i na półkach, kuchnia stawała się powolutku moja. Z dnia na dzień czułam w niej coraz swobodniej. Dziś mogę powiedzieć na pewno odkryłam czym jest radość z gotowania na nowo! A więc ogłaszam oficjalnie nasza nowa kuchnia znów żyje i jest pełna "pukpuków".
Lato minęło i zrobiło się ponuro, zimno i jesiennie. Jesień zaś weszła w nasze życie z kolejnymi wielkimi zmianami. Martynka została przedszkolakiem. Ten nowy etap w życiu naszej rodziny zmienił wiele, również pod względem kulinarnym. Martynka bardzo pokochała przedszkole i w domu jada mniej. Rzadziej też pomaga mi w kuchni bo po prostu nie ma jej w domu. Muszę się Wam przyznać, że dla mnie jako mamy to trudne, puścić dziecko w świat. Choć jestem bardzo z niej dumna bo radzi sobie genialnie, to wiem że czas kiedy mama była całym jej światem bezpowrotnie minął. Tygodnie mijały a ja zaabsorbowana byłam, bieganiem do przedszkola i lekarzy, bo jak pewnie każdy rodzić przedszkolaka wie przedszkole to też choroby. Wieczorami kiedy w mojej nowej pięknej białej sypialni szykowałam się do snu często rozmyślałam z wyrzutami sumienia o miejscu, które zaniedbałam i opuściłam ale zmęczenie, zabieganie i po prostu potrzeba odrobiny snu brały górę nad poczuciem winy.Dlatego też mój pukpukowy blog obumarł a właściwie czekał na lepszy czas. Nie mam bowiem w zwyczaju pisać tylko po to aby mnożyć posty.
I tak minęła jesień. Była piękna kolorowa i pachnąca. Na naszym stole królowała dynia w różnych odsłonach dużo też było typowo jesiennych warzyw cukinii i papryki. Gotowaliśmy jak zawsze dużo ale też często w pośpiechu i brakowało mi weny aby przełożyć to co działo się w mojej nowej kuchni w historie, która oddałaby klimat naszego gotowania.
Nadeszła zima i zbliżają się Święta, czas magiczny. W każdym domu Święta pachną i smakują inaczej ale zawsze są tak samo piękne i aromatyczne. Moim marzeniem jest aby moje dziewczynki kojarzyły ten świąteczny okres jako wyjątkowy czas. Dlatego mam już w głowie dania, które pomogą wyczarować w naszym domu atmosferę Świąt i sprawią że będziemy wspólnie gotować i cieszyć się byciem razem. Wraz ze Świętami przychodzi dla mnie zawsze czas podsumowań, refleksji i planowania zadań na kolejny rok. Jedno z nich zaczynam realizować już dziś. Otwieram naszą pukpukową kuchnię na nowo!!!