Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pukpukowe historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pukpukowe historie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lutego 2014

Zima, śnieg i moje sposoby na uśmiech o poranku oraz sezamowe inspiracje

Wstaję rano, patrzę przez okno- sypie śnieg. Potem przypominam sobie ze dziś rusza remont ul. Głębockiej i cały objazd skierowany jest naszą ulicą. Myślę, będzie masakra,wszelkie zmotoryzowane formy transportu nie wchodzą w grę. Pakuje wiec dziewczyny w kombinezony narciarskie, wyciągam swoje śniegowce i ruszamy. Karola w swoim wózku który jak czołg pokonuje zaśnieżone chodniki zaspy, wreszcie łąki. Martyna trochę pieszo trochę na dostawce. Dwadzieścia minut szybkiego marszu i jesteśmy w przedszkolu. Rumianie, oprószone śniegiem i roześmiane bo całą drogę śpiewałyśmy zimowe piosenki. 
Wszyscy patrzą na nas jak na wariatki. Wreszcie Pani Woźna mówi: Ale Pan biedna w taką pogodę sama z dwójką dzieci przez te zaspy z wózkiem! Ale ja nie czuję się biedna, ba! czuję się wręcz szczęśliwa. Taki spacer o poranku genialnie budzi, ładuje akumulatory na cały dzień. Biedni są Ci, co stali godzinę w korku żeby dotrzeć do przedszkola:) W takich chwilach czuję, że jestem inna. Nie narzekam, nie zrzędzę. Każdy dzień biorę jaki jest i staram się wyciągnąć z niego jak najwięcej pozytywnej energii, zawsze szukam powodów do radości nie do narzekań.

Martynka odstawiona do przedszkola. Bawi się ze swoimi Motylkami:) A ja wracam do domu już spokojniejszym tempem, kontemplując piękne zimowe krajobrazy. Właśnie za to pokochałam Białołękę. Wystarczy wyjść z osiedlowej ulicy na łąki aby poczuć się jak na wsi. Cisza, spokój i piękne widoki. Idę, więc i jak zawsze układam w głowie plan dnia. Dziś od rana w mojej głowie, kołacze myśl o upieczeniu bułeczek, bo dawno tego nie robiłam. Przypominam sobie, że w szufladzie mam wielką torbę białego sezamu. Sezam i jego ciepły charakterystyczny lekko słodki smak bardzo mi pasuje do mojego dzisiejszego nastroju. Jestem w stanie błogiej ,niczym niezmąconej radości. Pewnie swoje robią endorfiny, które uderzyły mi do głowy po porannej dawce marszu. Sezam, sezam, sezam cały czas "chodzi mi po głowie". Będą więc dziś bułeczki z sezamem i to nie byle jakie bo rumiane i złote.
W domu czas na gorącą herbatę z cytryną i miodem i  beztroską zabawę z moim wszystkiego ciekawym roczniakiem. Karolcia jest tak podobna i tak inna od Martynki. Bardzo mnie to fascynuje. Są siostrami i czasem widzę bardzo duże podobieństwo w gestach, mimice twarzy ale usposobienie mają inne. Karolcia jest spokojniejsza i raczej jest obserwatorem Martynka zaś najpierw robi a potem myśli. Gusty kulinarne mają na szczęście podobne co więcej Karolcia domaga się bardzo mocno tego aby mieć na talerzu to samo co starsza siostra. Mam nadzieję, że domowe bułeczki zasmakują im obu:)


Złote bułeczki oprószone sezamem



Składniki:


350g mąki pszennej typ 650
150g mąki kukurydzianej   Mąka kukurydziana zapewni bułeczkom złoty kolor i delikatny smak
300ml mleka 2% Mleko powinno być letnie
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
1 łyżka oleju

Wykonanie bułeczek jest proste, jak zawsze. Łączymy wszystkie sypkie składniki i dodajemy letnie mleko oraz olej. Zagniatamy ciasto w razie potrzeby dodając odrobiny mąki lub mleka. Kiedy uzyskamy gładkie, elastyczne dobrze odchodzące od ręki ciasto należy dać mu wyrosnąć. Odstawiamy je więc w ciepłe nieprzewiewne miejsce i przykrywamy ściereczką. Czekamy aż ciasto podwoi swoją objętość a następnie przerywamy wyrastanie, przegniatając je raz jeszcze. Następnie czekamy aż ciasto znów wyrośnie. Wyrośnięte ciasto dzielimy na równe kuleczki z których formujemy bułeczki ( ich wielkość zależy od Waszych upodobań i potrzeb). Bułeczki układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i wkładamy do lekko ciepłego piekarnika ( ok 50 stopni Celsjusza) i czekamy aż bułeczki wyrosną. Wyrośnięte bułeczki oprószamy sezamem i podnosimy temperaturę piekarnika do 160 stopni Celsjusza. Pieczemy przez około 20 minut pamiętając, że każdy piekarnik ma swój charakter i potrzebuje nieco innego czasu pieczenia.




środa, 11 grudnia 2013

Pukpuki Reaktywacja

Przyszedł dzień w którym nasza pukpukowa kuchnia umarła. Był koniec lipca, środek lata a my podjęliśmy decyzję. Czas na radykalne zmiany. Po kilku nieprzespanych nocach, godzinach spędzonych na dyskusjach i analizowaniu naszego funkcjonowania i naszych potrzeb, doszliśmy do wniosku; musimy zrobić remont! Właściwie nie remont a totalną rewolucję w mieszkaniu, całkowitą zmianę wnętrza wiążącą się z wszystkim co może najgorzej kojarzyć się z remontem. Burzenie ścian i stawianie ich od nowa w innym miejscu, przeniesienie kuchni w inne miejsce, czyli kurz, pył, ból i łzy. 
Podjęłam bolesną decyzję. Rezygnuję z mojej dużej kuchni na rzecz aneksu przed, którym wzbraniałam się całe lata. W zamian miałam dostać wymarzoną sypialnię a moje dziewczynki, bardziej przestronny pokój.
Plan był trudny do realizacji niski budżet i jedynie pięć tygodni no i do tego mój Michał miał wszystko robić sam. Znajomi patrzyli na nas jak na wariatów. Kto normalny z dwójką małych dzieci i dwoma psami podjąłby się takiego szaleństwa? 
W ten sposób wylądowałam z dziećmi u mojej mamy na warszawskiej Pradze i przez pięć tygodni mieszkając u mamy tęskniłam za  moim ukochanym małym mieszkaniem, które zostało wybebeszone, rozprute i totalnie zdemolowane aby dostać szansę na drugie, lepsze życie. Praga przywitała nas upałami, dusznymi nocami i hałasem związanym z budową metra. Planowałam , że będę gotować i pisać w maminej kuchni, którą znam przecież bardzo dobrze, bo właśnie w niej czyniłam swoje pierwsze kulinarne dzieła. Niestety nic z tego nie wyszło, upały, tęsknota i przede wszystkim dokazujące dziewczynki zabrały mi wenę i chęci twórcze. Wieczory spędzałam zaś na wybieraniu płytek, dobieraniu kolorów, poszukiwaniu mebli oraz wymienianiu maili z moim zaabsorbowanym remontem mężem. 
W ciągu dnia z Karolcią w  wózku i niejednokrotnie Martynką noszoną "na barana" wracałam do moich ukochanych miejsc na Pradze, która teraz jest kopalnią inspiracji kulinarnych. Co krok, natykałam się na ciekawe knajpki, kafejki, garkuchnie czy bary. Z wielką rozkoszą dla siebie i ku ogromnemu zachwytowi Martynki wróciłam do mojego ulubionego baru mlecznego Rusałka tuż obok Katedry św Floriana. To miejsce gdzie można zjeść cudnie domową zupę ogórkową i naleśniki z serem takie jak potrafiły robić nasze babcie. Mogę to z dumą powiedzieć Praga jest super! Naprawdę przez te pięć tygodni wcale się nie nudziłyśmy często chadzałyśmy do ZOO i na plac zabaw w Parku Praskim. Będąc tam nie da się nie skusić na pyszne lody z automatu sprzedawane z budki koło przystanku na który wszyscy mówią " przy miśkach". 
Przez te pięć tygodni wprawdzie gotowałam i to nawet sporo ale nie miałam zupełnie weny aby o tym pisać. Moje życie wywrócone, na własne zresztą życzenie, do góry nogami  całkowicie skupiało się na dzieciach i tym szalonym remoncie.
Minęło pięć tygodni. Przez dwa ostatnie nie byłam wpuszczana na plac boju więc wracając do domu nie do końca wiedziałam co zastanę. Ale udało się i to w 100%. Mój mąż spisał się na medal. Mamy cudne nowe-stare mieszkanie. Przez kilka tygodni pucowałam ,układałam, upiększałam i czekałam czy moja wena do gotowania obudzi się z uśpienia w starej-nowej kuchni. Nie da się bowiem z dnia na dzień wejść i poczuć swobodnie w nowym pomieszczeniu. W nowej kuchni a właściwie w aneksie na początku czułam się jak gość. Z czasem zaczęłam oswajać to miejsce. Wraz z tym jak wszystkie niepotrzebne graty lądowały na śmietniku a te bez, których nie umiem się obyć znajdowały nowe miejsce w szufladach i na półkach, kuchnia stawała się powolutku moja. Z dnia na dzień czułam w niej coraz swobodniej. Dziś mogę powiedzieć na pewno odkryłam czym jest radość z gotowania na nowo! A więc ogłaszam oficjalnie nasza nowa kuchnia znów żyje i jest pełna "pukpuków".
Lato minęło i zrobiło się ponuro, zimno i jesiennie. Jesień zaś weszła w nasze życie z kolejnymi wielkimi zmianami. Martynka została przedszkolakiem. Ten nowy etap w życiu naszej rodziny zmienił wiele, również pod względem kulinarnym. Martynka bardzo pokochała przedszkole i w domu jada mniej. Rzadziej też pomaga mi w kuchni bo po prostu nie ma jej w domu. Muszę się Wam przyznać, że dla mnie jako mamy to trudne, puścić dziecko w świat. Choć jestem bardzo z niej dumna bo radzi sobie genialnie, to wiem że czas kiedy mama była całym jej światem bezpowrotnie minął. Tygodnie mijały a ja zaabsorbowana byłam, bieganiem do przedszkola i lekarzy, bo jak pewnie każdy rodzić przedszkolaka wie przedszkole to też choroby. Wieczorami kiedy w mojej nowej pięknej białej sypialni szykowałam się do snu często rozmyślałam z wyrzutami sumienia o miejscu, które zaniedbałam i opuściłam ale zmęczenie, zabieganie i po prostu potrzeba odrobiny snu brały górę nad poczuciem winy.Dlatego też mój pukpukowy blog obumarł a właściwie czekał na lepszy czas. Nie mam bowiem w zwyczaju pisać tylko po to aby mnożyć posty.
I tak minęła jesień. Była piękna kolorowa i pachnąca. Na naszym stole królowała dynia w różnych odsłonach dużo też było typowo jesiennych warzyw cukinii i papryki. Gotowaliśmy jak zawsze dużo ale też często w pośpiechu i brakowało mi weny aby przełożyć to co działo się w mojej nowej kuchni w historie, która oddałaby klimat naszego gotowania.
Nadeszła zima i zbliżają się Święta, czas magiczny. W każdym domu Święta pachną i smakują inaczej ale zawsze są tak samo piękne i aromatyczne. Moim marzeniem jest aby moje dziewczynki kojarzyły ten świąteczny okres jako wyjątkowy czas. Dlatego mam już w głowie dania, które pomogą wyczarować w naszym domu atmosferę Świąt i sprawią że będziemy wspólnie gotować i cieszyć się byciem razem. Wraz ze Świętami przychodzi dla mnie zawsze czas podsumowań, refleksji i planowania zadań na kolejny rok. Jedno z nich zaczynam realizować już dziś. Otwieram naszą pukpukową kuchnię na nowo!!!

poniedziałek, 8 lipca 2013

Śniadanie jedz jak Król...

"Śniadanie jedz jak Król, obiad jak Książe a kolację jak Żebrak" - zwykł mawiać mój tato kiedy w soboty rano, przyrządzał dla całej rodziny pyszne śniadanie. Pamiętam, że uwielbiałam jak gotował i patrzyłam zafascynowana na to jak krzątał się po kuchni. Czy był dobrym kucharzem? Tego Wam nie powiem bo niestety nie pamiętam. Wiem, że utkwiły mi w pamięci naleśniki z białym serem polane roztopioną czekoladą i duszona cebula z różnymi mięsnymi dodatkami w jego wykonaniu. Tato zmarł kiedy wchodziłam w okres dojrzewania i do dziś mi naprawdę go brak. Nie wiem jakim byłabym człowiekiem gdyby żył ale staram się być takim człowiekiem z jakiego byłby dumny mój Tato. Zapewne moje kuchenne szaleństwa to w dużej mierze zasługa obserwowania taty w kuchni.  Uwielbiał on eksperymentować i nic nie robił ściśle według przepisu i chyba mam to po nim bo mi też ciężko powtrzymać się od improwizacji podczas gotowania.
Tata lubił dobrze zjeść i  biesiadować przy stole. Pamiętam też, że czasami w nocy szeleściły papierki od cukierków bo tato lubił sobie podjeść  (to pewnie po nim mam słabość do słodyczy). A sobotnie śniadania były dla mnie zawsze świętem bo nikt się nie śpieszył do szkoły i pracy, mieliśmy czas aby byś razem. Tata panował wtedy w kuchni niepodzielnie, a ja czekałam z niecierpliwością aż przygotuje śniadanie. Najczęściej robił jajecznicę z różnymi dodatkami. Zostało mi to do dziś...
W naszym domu weekendowe śniadania też są świętem. To zupełnie naturalne, że lubimy usiąść przy stole i leniwie rozpocząć dzień od czegoś pysznego ale jednocześnie prostego. Śniadanie jedz jak Król...No właśnie w ostatnią sobotę jedliśmy jak Królowie. Przygotowania do śniadania zaczęły się wcześnie rano. Wróciłam z porannego spaceru z psami. Na zegarze było  kilka minut po szóstej. Karolcia już dokazywała więc nie było szans na wylegiwanie się w łóżku. Zaczęłam od przygotowania pieczywa, które byłoby idealne na królewskie śniadanie. Maślane rogaliki śniadaniowe to jest to! Są w przygotowaniu szybkie i  nie ma z nimi wiele zachodu a wyjęte z prosto z pieca, pachnące, jeszcze gorące idealnie pasują do porannej kawy.

Maślane Rogaliki Śniadaniowe
 
Z podanej porcji powinno wyjść 16 małych rogalików lub 8 dużych w zależności od tego jak podzielicie ciasto.
 
Składniki:
 
Mąka pszenna typ 650  500g
Mąka kukurydziana 3 łyżki  nie jest  niezbędna, rogaliki udadzą się bez niej. Jeśli jej nie macie w domu użyjcie po prostu odrobinę więcej mąki pszennej. Ja dodaję jej po to aby rogaliki miały piękny złoty kolor
Drożdże instant 7 g
Mleko 2%   350ml
Masło pełne 1 łyżka   nie używajcie oszukanego masła tylko prawdziwe masło bez dodatków nada rogalikom iście królewski smak
Sól 1 łyżka
Cukier brązowy 1 łyżka
Miód 1 łyżka

W dużej misce tak aby mieć zapas bo ciasto urośnie umieściłam mąkę, drożdże, sól i cukier. W rondelku podgrzałam mleko aby było ciepłe ale nie bardzo gorące. Rozpuściłam w nim miód i masło. Już sam smak mleka z miodem i masłem jest obiecujący tak bardzo, że nie mogłam się oprzeć i upiłam kilka łyżeczek:) Do składników sypkich wlałam mleko z dodatkami i zagniotłam ciasto, w razie potrzeby regulując jego konsystencję odrobiną mąki lub wody. Uzyskane ciasto musi być miękkie, elastyczne i dobrze odchodzące od ręki. Kiedy ciasto było już zagniecione, przykryłam je ściereczką i odstawiamy w ciepłe nie przewiewne miejsce aby wyrosło. Po około czterdziestu minutach skontrolowałam przyrost ciasta,  podwoiło swoją objętość  i wypełniło całą miskę zagniotłam je więc raz jeszcze przerywając wyrastanie i odstawiłam na kolejne pół godziny do czterdziestu minut. Po tym czasie byłam już prawie u celu. Teraz pozostało  tylko uformować rogaliki. Ich wielkość zależy od waszych upodobań. Ja tym razem zdecydowałam się na mniejsze tak aby wygodnie jadło się je Martynce.
Ciasto podzieliłam na dwie połowy, każdą z nich cienko rozwałkowałam tak aby uzyskać ciasto o powierzchni jak najbardziej zbliżonej do koła. Następnie podzieliłam ciasto na ćwiartki a potem na ósemki. Każdy uzyskany trójkąt ciasta zawinęłam zaczynając od najszerszej jego części i uformowałam rogalik.
Uzyskałam w ten sposób szesnaście pięknych półksiężyców, które ułożone na pergaminie czekały na pieczenie. Mój piekarnik piecze dość szybko wystarczyło około piętnaście minut w temperaturze dwustu stopni Celsjusza. W piekarniku jak zawsze umieściłam na dole miseczkę w wodą i mniej więcej w połowie pieczenia spryskałam delikatnie rogaliki wodą. Zapach, który rozniósł się po całym domu jest nie do opisania. Oczywiście Martynka, która obudziła się w międzyczasie nie czekała aż siądziemy do stołu- pierwszy rogalik zniknął w oka mgnieniu.


Myślicie, że to koniec prawda? Nie prawda:) W czasie kiedy ja piekłam rogaliki  Michał zajął się resztą śniadania. Przecież miało być po królewsku. Nie mogło być inaczej, mój mąż podobnie jak mój tato na sobotnie lub niedzielne śniadanie najczęściej przyrządza jajecznicę.  W naszej lodówce zawsze muszą być wiejskie jaja bez żadnych drukowanych cyferek bo od cyferek wolę pewność, że jajka są od szczęśliwej kury.  Mamy je od zaprzyjaźnionego Pana, którego kury chodzą sobie po podwórku i jedzą trawkę od rana i wieczora. Uwierzcie mi różnica w smaku jest kolosalna bo szczęśliwa kura to kura która dziobie, skrobie pazurkiem i je to co sama znajdzie na trawie a wtedy znosi pyszne jaja.  Sobotnie śniadanie i jajecznica z wiejskich jaj to jest to! Tyle że zwykła jajecznica to trochę z mało, ale jajecznica z pieczarkami brzmi już lepiej prawda? A będzie brzmiało jeszcze lepiej jeśli Wam powiem, że pieczarki mamy świeżutkie bo prowadzimy ich własną hodowlę:)
Tak, tak dobrze zrozumieliście sami hodujemy pieczarki. Zwariowane? Też tak myślałam, kiedy Michał oznajmił mi, że zamawia grzybnię. Po kilku dniach kurier przyniósł pudło, które wylądowało w piwnicy. Wystarczyło tylko postępować zgodnie z instrukcją doń dołączoną, co z grubsza sprowadza się do codziennego podlewania, by po kilku tygodniach otrzymać pierwsze zbiory. Na początku myślałam, że nie będzie różnicy w smaku pomiędzy pieczarkami kupionymi w sklepie a tymi z własnego chowu ale oczywiście jest. Świeżo ścięta pieczarka jest bielutka i nie szarzeje przy obróbce termicznej a jej świeżość czuć w smaku, jest delikatna i krucha po prostu idealna do jajecznicy.
Przepisu na jajecznicę nie podaję bo ufam, że każdy z Was ma swój sprawdzony sposób na jej przygotowanie. A przy okazji mam pytanie jaką jajecznicę lubicie najbardziej? Piszcie może mnie zainspirujecie i w najbliższy weekend zjem jajecznicę według waszego przepisu. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do iście królewskiego początku dnia z pysznym rogalikiem, jajecznicą, kawą i odrobiną błogiego letniego lenistwa a teraz zmykam do naszej pukpukowej kuchni bo zapach roznoszący się po domu przypomina, że czas wyjąć poniedziałkową porcję rogalików z pieca. W końcu można poczuć się po królewsku nie tylko w sobotę:)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Poszło jak po maśle:)

W piątek przy śniadaniu zorientowałam się, że Martynka weszła w etap zadawania pytań. W ciągu kilkunastu minut zapytała o to ile kosztuje pomidor, co to jest kawa zbożowa aż w końcu jedząc kanapkę spytała:
- Mamo jak się robi mafło? (chodziło o masło oczywiście)
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą że z mleka zbiera się śmietanę a z niej robi masło.
- Mamo zrobimy mafło w domu?- padło kolejne pytanie. A ja stwierdziłam, że nasza córka jest niedorodnym dzieckiem swoich rodziców, którzy bez przerwy siedzą w kuchni i robią cuda wianki. Szybko też przeanalizowałam swoją wiedzę na temat produkcji masła i przypomniała mi się tylko jedna rzecz. Moja młodzieńcza wpadka kulinarna, kiedy to przesadziłam z ubijaniem śmietany i zrobiło mi się pioruńsko słodkie masło:). Obiecałam Martynce, że oczywiście spróbujemy zrobić masło w domu i zaraz po śniadaniu zrobiłam szybki rekonesans w Internecie. Przy okazji znalazłam bardzo fajny blog, który szczerze polecam. Jego autorka też piecze pieczywo ale ja przy jej doświadczeniu jestem przedszkolakiem wyczytałam że ma dziewięcioletni zakwas! Jeśli macie chwilkę zajrzyjcie na http://kuchennepogawedki.blogspot.com . Właśnie tam znalazłam informacje o domowej produkcji masła, które tylko potwierdziły moją wiedzę i zachęciły jeszcze bardziej do pokazania mojej Martynce jak się robi masło.
W czasie spaceru z dziewczynkami zakupiłam śmietanę 36% dokładnie uprzednio czytając etykietę. Nie chciałam aby w śmietanie były jakiekolwiek dodatki, które mogłyby popsuć efekt. Tak więc odrzuciłam te, które były dosładzane albo zagęszczane . Kupiłam pół litra śmietany i po powrocie ze spaceru i obowiązkowej drzemce dziewczynek pełne energii przystąpiłyśmy do pracy.
Nie będę podawała przepisu bo składnik jest tylko jeden tłusta śmietana. Do zrobienia masła wykorzystałam mikser z obrotową miską więc masło zrobiło się zupełnie samo. Wlałam śmietanę i ustawiłam na wysokie obroty. Pozostało nam z Martynką jedynie cierpliwie czekać. Początkowo moją córcię fascynował mikser i powolna przemiana płynnej śmietany w ubitą ale po kilku minutach obserwowanie pracy miksera stało się nudne. Przyniosłam więc do kuchni laptop i pokazałam jak w tradycyjny sposób robiono masło aby wiedziała, że miksery nie były zawsze wszechobecne w kuchni. Martynka z zafascynowana oglądała zdjęcia maselnic i słuchała mojej opowieści o tym jak z mleka zbiera się śmietankę a z niej robi pyszne masło. Minuty mijały nam szybko a śmietana w misce pod wpływem pracy miksera zmieniła się w bitą śmietanę a potem w żółty krem, który zaczął wydzielać intensywny maślany zapach. Gdy od tego kremu oddzielił się płyn czyli serwatka masło było gotowe pozostało nam tylko odcedzić na sitku masło od serwatki, delikatnie je odciskając. Z pół litra śmietany uzyskałyśmy pyszne śmietankowe w smaku masło i szklankę serwatki, którą Martynka wypiła ze smakiem:)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Bułeczki BARDZO poranne

Mój dzień dziś zaczął się bardzo wcześnie na zegarku był 4:15 rano, kiedy Martynka zawołała:
-Mamo, Mamo!!
Taka pobudka o świcie oznacza dla nas tylko jedną rzecz: Ząbkowanie! Każdy kolejny ząb Martynki okupiony musi być Imprezą bo tak nazywamy pobudki o świcie lub tuz przed nim. Na szczęście to już dziewiętnasty ząb więc przed nami już tylko jedna ząbkowa impreza Martynki. Zapewne kiedy nasza starsza latorośl skończy ząbkować to za chwilkę zacznie młodsza,  choć mam nadzieję, że Karolcia znajdzie łagodniejszy dla rodziców sposób na przechodzenie ząbkowania:)
Cóż mogłam zrobić o świcie aby szybko się rozbudzić? Tylko jedną rzecz! Upiec pieczywo na śniadanie.
Warunek był jeden pieczywo musi być gotowe szybko więc zakwas nie wchodził w rachubę.
Do szybkiego pieczenia pieczywa idealne są drożdże instant tak więc wyciągnęłam je z szuflady. Potem szybki rzut oka na półkę z mąkami i ekspresowa decyzja zrobię proste bułeczki pszenne. Oto przepis:
 
Bułeczki BARDZO Poranne:
 
Składniki:
 
Mąka pszenna typu 550   500g
Mleko 3,2% 300 ml
Miód 1 łyżka
Sól 1 łyżeczka
Cukier 1 łyżeczka
Drożdże Instant 7 g
 
Składników jest mało a przygotowanie ciasta bardzo szybkie. Mleko łączymy z łyżką miodu i delikatnie podgrzewamy aby było lekko ciepłe ( możecie to zrobić w mikrofali wtedy będzie najszybciej). Do dużej miski wsypujemy mąkę dodajemy drożdże, sól i cukier. Wlewamy letnie mleko połączone z miodem i zagniatamy ciasto. Powinno ono być elastyczne i dość luźne ale dobrze odchodzące od dłoni. Jeżeli zajdzie taka potrzeba dodajemy odrobinę mleka lub mąki. Mąka w zależności od sposobu przechowywania może mieć różną wilgotność i czasami aby uzyskać dobrą konsystencję ciasta trzeba dać więcej lub mniej płynu do ciasta. Gotowe ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Ja nie chciałam długo czekać bo Marynka upominała się o ciepłą bułeczkę więc ustawiłam piekarnik na pięćdziesiąt stopni i włożyłam miskę na pół godziny do piekarnika. Po tym czasie ciasto wypełniło miskę.  Zagniotłam je raz jeszcze i podzieliłam na siedem  części z których uformowałam bułeczki. Bułki ułożyłam w dużych odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i włożyłam jeszcze na piętnaście minut do ciepłego piekarnika. Kiedy ciasto ponownie wyrosło nacięłam bułeczki aby dodać im trochę urody i rozgrzałam piekarnik do dwustu stopni Celsjusza. Bułki piekły się jakieś dwadzieścia minut. Na chwilkę przed końcem pieczenia przesmarowałam je pędzelkiem zamoczonym w wodzie aby miały ładny złoty kolor i chrupiącą skórkę.
Bułeczki oraz paluszek Martynki  Uwaga Gorące!:)
W całym domu unosił się zapach świeżego pieczywa a ja musiałam powstrzymywać Martynkę aby uchronić jej paluszki i buźkę przed poparzeniem tak bardzo chciała zjeść gorącą jeszcze bułeczkę.
Przede mną długi dzień ale pomimo niewyspania mam dobry humor i jestem pełna energii. Być może to zasługa pysznego śniadania: aromatycznych świeżutkich bułeczek z masłem i miodem oraz kawy zbożowej z mlekiem.  jak dobre jedzenie:) Nic mi nie daje tyle energii co solidne ale proste śniadanie:
-Choć się  bawić Mamo!-woła Martynka, która absolutnie nie jest niewyspana. Pędzę więc a Wam życzę równie pysznego śniadania:)
 


piątek, 19 kwietnia 2013

Wiosenne Wędzenie

Chyba każdy w tym roku narzekał na zimę, która nie chciała odejść. Ja też miałam po dziurki w nosie tej zimowej aury i z utęsknieniem czekałam na pierwsze ciepłe dni a one jak na złość nie chciały przyjść. Zwiastunów wiosny też nie było widać. Nasze osiedlowe bocianie gniazdo długo stało puste. Te szare dni były dla mnie męką bo jestem stworzeniem ciepłolubnym, które najlepiej funkcjonuje w długie ciepłe słoneczne dni. Zima nie chciała odpuścić a ja czułam, że coraz bardziej brakuje mi energii jaką dać mogą tylko pełne słońca wiosenne dni.
W czasie kiedy ja marzyłam o wiośnie, mój mąż zniknął na cały weekend w piwnicy. Nasza kuchnia stała pusta, cicha i nie za wiele się w niej działo. Michał nawet obiad jadł w piwnicy i kiedy poszłam mu go zanieść usłyszałam wyraźnie że pukpuki przeniosły się pod ziemię:) Zza drzwi naszej piwnicy dobiegały odgłosy intensywnej pracy stolarskiej, a mój mąż ogarnięty pasją tworzenia zjadł obiad w pośpiechu i powiedział, że wróci do domu na wieczorną kąpiel Karolci. Nie byłam nawet zła bo wiem że z męską naturą nie ma co walczyć, tym bardziej, że wiem ile radości dało mu tworzenie tego tajemniczego urządzenia które powstawało w piwnicy. Dla mnie ów sprzęt trochę przypominający skrzynię a trochę szafkę długo był czymś zupełnie zbędnym w naszym domu. Domowa wędzarnia bo na tym pracował Michał wydawała mi się szalonym pomysłem. Byłam jak zawsze w przypadku pomysłów mojego męża sceptycznie nastawiona. Przez kilka dni temat wędzarni był naszym domu stale obecny bo Michał zasypywał mnie informacjami technicznymi i swoimi dylematami związanymi z wykonaniem wędzarni. Szczerze powiem nie potrafię powtórzyć wszelkich detali związanych z jej konstrukcją wiem tyle wykonana jest z drewna z drzewa liściastego, dym wytwarza się przez grzałkę na której spalają się wiórki. Mąż zamontował kółka więc łatwo ją przemieszczać, dzięki czemu idealnie sprawdza się na działce i tarasie.
Nasza wędzarnia
 
Kiedy wędzarnia była gotowa przyszedł czas na pierwsze testowe wędzenie które zbiegło się z nastaniem wiosny. Pierwsze ciepłe dni powitaliśmy puszczając dymka i delektując się pyszną kiełbasą i kabanosami. Muszę się przyznać, że mój Michał jak zawsze miał rację wędzarnia, którą zbudował, sprawdza się rewelacyjnie. Do tej pory wędzenie odbywało się u nas w najbardziej prosty sposób czyli w beczce. Nasza nowa wędzarnia pozwala na większą kontrolę  nad  procesem wędzenia. W naszej kuchni znowu zapanował rwetes a produkcja wędlin i wyrobów mięsnych ruszyła pełną parą. Od tej chwili wiosna będzie mi się chyba już zawsze kojarzyć z zapachem pysznego wędzonego mięsa.
Mam nadzieje, że zachęcę Was do samodzielnego wędzenia to naprawdę nie jest trudne. Jeśli macie jakieś pytania piszcie, chętnie podzielimy się z Wami naszymi doświadczeniami. Już niebawem podzielę się z Wami naszymi przepisami a tymczasem ruszam na wiosenny spacer w deszczu z moimi dziewczynkami...


Wiosenne Wędzenie

sobota, 23 marca 2013

Narodziny pukpuków:)

-Mamo co to za pukpuki? - zapytała rozespana Martynka wchodząc do kuchni. Uśmiechnęłam się bo moją córkę obudziły odgłosy mojej krzątaniny w kuchni i wcale jej nie rozzłościła ta nagła pobudka tylko wyraźnie zaciekawiła. Moja mała dwulatka wdrapała się na stołek i zanurzyła paluszki w misce z ciastem.
- Mamo co to?- zapytała z typową dla siebie miną, która oznacza że należy jej udzielić natychmiastowej wyczerpującej odpowiedzi.
 -Kochanie to będzie zaczyn na chleb który upieczemy potem w piekarniku.
-Chcę chlebek-usłyszałam w odpowiedzi. Więc natychmiast przerwałam pracę i wyjęłam z chlebaka resztę chleba z poprzedniego pieczenia. Ukroiłam kromkę i chciałam już ją posmarować masłem gdy usłyszałam- Bez mafła -co oznaczało że Martynka ma ochotę na sam suchy chleb. Właśnie taki podałam bo nie raz już się przekonałam, że moje dziecko doskonale wie co ma ochotę zjeść. Chleb znikał w ekspresowym tempie a ja, ciesząc się że mam jeszcze chwilkę na dokończenie prac, które zaowocują pysznym kolejnym chlebem z chrupiącą skórką. Zaczyn był już gotowy i odstawiony w miejsce niedostępne dla sprytnych rączek mojej córeczki, czekał aż dokona się  magia i sprawi, że prostota mąki i wody zamieni się w pyszne, miękkie, aromatyczne ciasto z niebiańsko chrupiącą skórką a dom wypełni się zapachem chleba, który kojarzy się mi niezmiennie z miłością i bezpieczeństwem.
-Mamo  to Pukpuki pieką chlepek? - kolejne pytanie szybko sprowadziło mnie na ziemię z mojego świata smaków i zapachów.- Co za Pukpuki -pomyślałam. Przecież w ten sposób Martynka zawsze nazywała hałasy i odgłosy dobiegające zza ściany. Tego dnia Pukpuki stały się czymś a może nawet kimś więcej bo moje dziecko uznało, że mają one zdolność sprawczą i są w stanie za pomocą moich dłoni upiec chleb.
W ten właśnie sposób narodziły się w naszym domowym świecie "Pukpuki" i oznaczają już nie tylko hałasy i odgłosy zza ściany.Przede wszystkim Pukpuki to teraz określenie naszych harców kuchennych. Kiedy Martynka chce gotować bardzo często mówi - Mamo, chcę robić Pukpuki w kuchni albo - Mamo a Tata robi Pukpuki w kuchni - co oznacza że mój mąż, Michał, właśnie zabrał się za swoje kulinarne eksperymenty. Musicie wiedzieć, że u nas w domu nie ma podziału na kobietę w kuchni a mężczyznę przed telewizorem, laptopem, tudzież innym elektronicznym ustrojstwem. Moja lepsza połowa w kuchni realizuje się równie mocno jak ja a może nawet mocniej. Często to właśnie Michał jest inspiratorem naszych przygód kulinarnych, które często z jednorazowych eksperymentów zmieniają się w pasję tworzenia własnych receptur i przepisów ale o tym kiedy indziej...
Pomysł na blog kiełkował w mojej głowie bardzo powoli. Wiedziałam, że chciałabym podzielić się swoimi przepisami i recepturami bo to co jest dla mnie najlepsze w gotowaniu to  karmienie innych, a udostępniając swoje przepisy i dzieląc się doświadczeniami kulinarnymi miałam nadzieję karmić Was wirtualnie:). Wiele miesięcy przeglądałam strony o gotowaniu i różne blogi z których często czerpałam inspirację do własnych przygód kulinarnych ale dowiedziałam się też, że stron z przepisami jest bez liku. Nie chciałam ich powielać. Postanowiłam więc że zaproszę Was do mojego domu i pokarzę Wam kawałek naszego  świata. Kiedy już wiedziałam czym i w jaki sposób chcę się podzielić pozostała jeszcze nazwa bloga, która spędzała mi sen z powiek, którego przy dwójce małych dzieci i tak nie mam zbyt wiele,a nic co już by nie istniało nie przychodziło mi do głowy. Kiedy wydarzyła się historia z Pukpukami widziałam już że to jest odpowiednia nazwa bo świetnie oddaje nastrój naszej kuchni, żywej i hałaśliwej, w której na dziewięciu metrach kwadratowych gotujemy z mężem, nasza dwuletnia Martynka dzielnie nam pomaga, w huśtawce śpi trzymiesięczna Karolina a między nogami przemykają nasze dwa yorki Suzi i Toffi licząc na jakąś przypadkową degustację.
Tak więc zapraszam Was do czytania Pukpuków w Kuchni i tym samym witam w świecie naszej domowej kuchni. Będzie bardzo tradycyjnie bo naszą specjalnością są domowe przetwory, mięsa i wędliny, suszone owoce i warzywa, pieczywo wszystko w nowoczesnym wydaniu bo jako rodzice dwóch małych dziewczynek nie mamy czasu na spędzanie w kuchni całych dni. Zapewne pojawią się też przepisy na dania codzienne i ulubione dania Martynki bo dla niej gotuje na co dzień, a uwierzcie, że nie łatwo jest zaspokoić gust kulinarny rezolutnej dwulatki. Mam nadzieje, że będzie smacznie domowo i apetycznie. Jeśli chcecie poznać bliżej mnie i moją rodzinę zapraszam bo od dziś wrota naszej kuchni pełnej Pukpuków uznaję za otwarte!